Dzisiaj miałem niewątpliwą nieprzyjemność zagościć w szpitalu. Na (moje) szczęście ja nie byłem pacjentem i sprawa nie okazała się poważna. Ale do rzeczy.
Poszedł człek skorzystać z prywatnej opieki medycznej i jak przyszło co do czego to wysłali go do szpitala (bo przecież trzymanie chirurga na dyżurze to duży wydatek). Tak wiec taczpad z zawiózł chorego człeka do szpitala. Już na dzień dobry zostaliśmy opierdoleni (wulgarnie pisze, ale inaczej się tego wszystkiego oddać nie da) że w ogóle tam przyszliśmy. Źle, że lekarz tam skierował, źle że chory zamieszkały tam gdzie mieszka, źle że wchodząc nie przeniknął przez ścianę tylko musiał otworzyć drzwi i wpuścić trochę zimnego powietrza. Po tej olbrzymiej dozie uprzejmości, usyłszeliśmy: “trzeba czekać”. Zadygotałem z przerażenia. To znaczy ile? Godzinę? Pięć? Miesiąc? 5 lat? Wszak nie zbadane są ścieżki naszej służby zdrowia. Niestety nie było mi danę zadać tego pytania bo okienko się zamknęło. W poczekalni było raptem 4 osoby więc miałem nadzieję, że pójdzie szybko. Przez dwie godziny nie działo się nic (oczywiście w temacie przyjmowania pacjentów, bo można było poznać parę przepisów na wołowinę, kilka kiepskich dowcipów na temat zaklinowanej kartki w drukarce oraz kilka wiązanek skierowanych od oczekujących pacjentów). Chamstwo i prostactwo jakie biło od obsługi było przerażające: “Czekać mówię!”; “Czego wchodzi jak do obory?!”; “Niech se pan stąd idzie”; “Niech się cieszy że tylko 4 godziny czeka! Na zachodzie by czekał 24 godziny!”. Albo dialogi:
Pilęgniarka: Tam pacjent leży i krwawi.
Pani doktor: Taaak?
P: No tak.
PD: Hmmm…. To mooże pójdę do niego za chwilę,
Piętnaście minut później dalej siedziała przy kompie i założę się, że układała pasjansa (jako profesjonalista jestem wszak w stanie rozpoznać typowe dla tego zajęcia ruchy myszka i rozbiegany wzrok).
Czy też wypowiedź pani doktor:
-Ja to do tej pracy przychodzę tylko zarabiać pieniądze.
No tak, bo przecież po to się zostaje się lekarzem. Ludzie którym się powinno pomagać są tylko czymś co przeszkadza spokojnie spędzić dzień.
Albo cały czas wymiotująca pacjentka, do której nikt nawet nie podszedł przez ponad godzinę.
Szczytem wszystkiego jest przyjmowanie pacjentów przywiezionych przez karetkę.
Podjeżdża karetka (nie R-ka, tylko przewóz pacjentów), sanitariusz wchodzi i staje przy zamkniętych na zamek elektryczny drzwiach. Drzwi te otwierają panie na recepcji. Facet stoi i czeka patrząc wymownie w stronę panienek. Nadal nic. Zapukał w szybkę. Spojrzała się na niego i otworzyła z ociąganiem. Wszedł i słychać głupie żarty na temat przywożenia pacjentów (“po co żeś nam tu kolejnego do kolekcji przywiózł”, “położymy go w męskim kiblu”) i wózka. Po chwili wychodzi z wózkiem i idzie do karetki. “DRZWI SIĘ ZAMYKA!!!” dobiega z recepcji. Koleś wjeżdża z kobietą na wózku. Kobieta blada jak ściana, widać że ledwo ma siłę siedzieć, głowa jej leci na bok. Sanitariusz podjeżdża z nią do zamkniętych drzwi i czeka. Czeka. Zdenerwowany puka w okienko. Nic. Puka znowu a tam słychać głos panie doktor (nie babki która pracuje na recepcji, nie pielęgniarki tylko wykształconej panie doktor która leczy ludzi i tak na oko ma już sporo ponad 30 lat):
“Nie ma nikogo!”
I się śmieje jakby opowiedziała nie wiadomo jak dobry dowcip.
Ręce po prostu mi opadły a miny reszty ludzi w poczekalni mówiły wszystko.
Słyszałem tam różne rzeczy. Że najbliższe wolne łóżko znajduje się 100 km od szpitala w którym byłem, że “kobieta z neurologii leży plastyce na łóżku z laryngologii”, że po obu stronach korytarzy stoją już łóżka z pacjentami, że miejsce na łózka to jest tylko w gabinecie pani doktor i w męskim kiblu, itp, itd.
Na szczęście chory człek którego przywiozłem okazał się nie na tyle chory aby zostać w szpitalu i mogliśmy opuścić izbę przyjęć. Po prawie 6 godzinach. Oczywiście nie dostaliśmy wyników badań ani wypisu. Po to można się zgłosić dopiero po co najmniej 12 godzinach.
I w związku z tym życzę wam żebyście niby nie musieli iść do szpitala i żeby ktoś wreszcie zrobił z tym wszystkim porządek.
UPDATE
12 godzin okazało się zbyt krótkim czasem. Wszak jeśli 3 panie muszą obsługiwać ksero (jedna kładzie kartkę na podajnik, druga wciska przycisk a trzecia odbiera kopie) to faktycznie może brakować rąk do pracy. Ciekawe czy dadzą radę w 36 godzin…